Chojnik Maraton i moje 102 kilometry ultra

Chojnik Maraton i moje 102 kilometry ultra

Czy aby na pewno zrobiłam to ultra??? A może to mi się przyśniło??? Nie… chyba jednak to prawda, bo przecież skąd niby wziąłby się na mojej lampie medal Chojnik Maraton z wygrawerowanymi 102 kilometrami? 🙂 🙂 🙂 

u1
Którędy na Chojnik?

Zmiana planu

Na początku plan był inny. Moja przygoda z Chojnik Karkonoskim Festiwalem Biegowym  rozpoczęła się dwa lata temu. Najpierw przebiegłam tzw. półmaraton z górką (wtedy to było 28 km). Rok później zrobiłam maraton (46 km). A w tym roku, zgodnie z wcześniejszą logiką stopniowego zwiększania dystansu w ramach danego festiwalu, zapisałam się na „siedemdziesiąt z hakiem”. I taki właśnie był plan. I to byłoby na tyle, bo… od samego początku coś mi ten dystans nie pasował.

Po pierwsze byliśmy zapisani na osiemdziesięciokilometrowy Bieg Rzeźnika i to tam miałam zrobić mój najdłuższy do tej pory dystans.

Po drugie start na Chojnik Maraton na dysnansie Ultra, na który zapisał się Waldek, miał być o pierwszej w nocy, a siedemdziesiątka startowała o piątej nad ranem, czyli szanse na wyspanie się i tak były nikłe.

No i po trzecie, obudziła się we mnie ciekawość, jak ja sobie poradzę z „najcięższym biegiem ultra w Karkonoszach” (jak to piszą organizatorzy). I tak po długich namysłach i za dodatkową opłatą, znalazłam się na liście startowej ultra, najdłuższego dystansu ChKFB (a przynajmniej tak mi się wydawało, bo przy odbiorze pakietu okazało się, że jednak wciąż jestem na liście „siedemdziesiątki” – czyżby to jednak ten dystans był moim przeznaczeniem? 😉 ). 

Jest to do zrobienia

Kiedy już odebraliśmy nasze pakiety (oboje na bieg ultra), w mojej głowie zaczęły piętrzyć się obawy. Czy aby na pewno to był dobry pomysł? Jak sobie poradzę sama nocą w lesie? Czy nie przyplącze mi się jakaś kontuzja? Mówiłam sobie, że przecież jakby co, mogę zrezygnować w trakcie…, z drugiej strony znam siebie… łatwo nie odpuszczam… Wszelkie matematyczne obliczenia „mówiły”, że jest to do zrobienia, ale przecież to są góry, a tam czekają nieprzewidywalne warunki pogodowe, długie podejścia i strome zbiegi. No i te niekończące się kilometry… Te kłębiące się w głowie myśli nie pozwoliły niestety na wieczorną regenerację, więc kiedy wychodziliśmy z pokoju około 00:30, byłam zmęczona i wciąż niespokojna. 

u2
Analiza trasy jest kluczowa

Start

Równo o 1:00 wystartowaliśmy. Z tej nocnej biegowej części niewiele pamiętam. Byłam skupiona na tym, by się nie zgubić. Mój wzrok krążył pomiędzy trackiem w zegarku, odblaskowymi taśmami i tym co przed i pod stopami. Z trasy zboczyłam tylko raz – pobiegłam za jakimś chłopakiem, nagle on się zatrzymał i powiedział do mnie „jak chcesz, to biegnij pierwsza”. Patrzę, a tu po jednej stronie drzewo, od drzewa przez drogę ciągnie się lina, a na jej końcu, czyli po drugie stronie drogi znajduje się pies. Stanęłam jak wryta, zaczęłam się zastanawiać, jak tu obejść tego psa… Na szczęście ktoś niżej krzyknął, że przy naszej drodze, są czerwone szarfy. Ufff… (a miły pan chciał mnie puścić pierwszą!).

ch6
To jest do zrobienia.

Noc w głębokim lesie

Pamiętam wolontariuszkę, która stała sama gdzieś głęboko w ciemnym lesie i wskazywała nam w trudnym miejscu kierunek biegu (czułam wdzięczność, ale też przede wszystkim podziw dla niej). Drogi asfaltowej było niewiele. Trasa prowadziła z Sobieszowa w kierunku Szklarskiej Poręby (trzeba było ją obiec). Najpierw wbiegaliśmy na Grzybowiec, potem przez Czarną Górę na Wysoki Kamień (16 km – pierwszy bufet).

u3
Gdzieś w Górach Izerskich

Pamiętam widzianą po drodze „Chatkę Robaczka”. I gdzieś chyba w tych okolicach zaczęło się robić jasno. Zdjęłam czołówkę i poprosiłam wolontariusza, by schował mi ją do plecaka. Potem był Wodospad Kamieńczyka i Hala Szrenicka. To tam spotkałam się z Waldkiem. Niestety problemy żołądkowe bardzo go spowolniły, rozważał zejście z trasy. Szybki buziak, usłyszane słowa „ty biegnij, jestem pewien, że dasz radę” i dalej w drogę. Zdążyłam tylko krzyknąć, by dał mi znać, jakby co.

Z jednej strony te trzydzieści parę kilometrów w nogach, brak snu i odczuwany stres, dały mi się we znaki, z drugiej… czułam, że teraz muszę (chcę) biec za nas dwoje. Powoli dotarłam do Łapskiego Szczytu, potem do Śnieżnych Kotłów i w końcu było z górki, do Wysokiego Mostu, gdzie czekał drugi bufet (37 km). I znów pod górkę do Czeskich Kamieni. Potem trochę w dół, by za chwilę wspiąć się na Przełęcz Karkonoską, a tam już czekał trzeci bufet (47 km) i pierwszy z dwóch limitów.

Byłam na nim godzinę przed końcem wyznaczonego czasu. Liczyłam, że na dalszą część biegu, szczególnie drugi etap, zaoszczędzę trochę więcej czasu. To mnie trochę wybiło i lekko zdemotywowało. No ale dotarłam do tego 47 km, a tam czekały na mnie czyste skarpetki, nowy zapas żeli, energetyk i ciepła pomidorówka (oj, jak ja o niej marzyłam) 🙂  

Czas próby

Na punkcie nie „zabawiałam” długo, bo prawdziwy sprawdzian był dopiero przede mną. Do kolejnego punktu i drugiego limitu miałam 21 km i ponad 1000 m przewyższeń i mogłam na to przeznaczyć tylko 3 godziny i 40 minut. Normalnie to dużo czasu, ale mając już w nogach prawie połowę dystansu i prawie 2800 m przewyższeń – obawiałam się, że mogę nie zdążyć. Waldek mówi, że odcinek ten pokonałam najszybciej ze wszystkich dziewczyn z mojej kategorii, że wyprzedzałam…

Trasa prowadziła przez Tępy Szczyt, koło Słoneczników, Pielgrzymów do Samotni i dalej do Strzechy Akademickiej. Raz w górę, raz w dół. A potem długo pod górkę. I ten etap był wyjątkowo trudny. Pierwszy raz poczułam, że wchodzenie jest ponad moje możliwości. Znałam ten szlak. To nim zbiegałam za każdym razem zdobywając Śnieżkę najpierw 1x, potem 2x i w końcu rok temu – 3x. Znajomość szlaku bardzo mi pomogła w gospodarowaniu resztkami sił (które jednak w trakcie wchodzenia jakoś cudownie się zwiększały).

u4
Teraz w dół.

Docieram do Domu Śląskiego. Czuję ulgę, że teraz już tylko z górki – najpierw ostro w dół czerwonym szlakiem, a potem spokojniej – żółtym. Biegnę na ile siły pozwalają. Nagle naprzeciw mnie wybiega chłopak, który mówi do mnie „Do punktu 4 km, biegniesz na limit około 8 min/km”. Potem w lesie wyprzedzają mnie dwaj chłopacy z dziewczyną i jeden z nich krzyczy „dalej, biegniemy, zdążymy”.

Patrzę na zegarek – 10 minut do 14 godzin, według zegarka 68 km już za mną jakiś czas temu, według tracka, brakuje mi koło 2 km. Obawy, że nie zdążę zwiększają się. Ale też czuję wewnętrzną zgodę na to, że co ma być, to będzie. Jeśli mam biec dalej, to zdążę, a jeśli te 68 km, to limit dla mojego organizmu, to za chwilę i tak się o tym dowiem. Biegnę. I nagle słyszę „Dalej, dalej, biegniesz, jest mata”. „A puścicie mnie?”. „Do 10 minut puszczamy”. I tak przebiegam przez matę niecałe 3 minuty po czasie. Czyli mam biec dalej. Takie jest moje przeznaczenie 🙂 

Przeznaczenie

Około 69 km za mną. Siadam, piję gorącą herbatę. Leczo z ryżem coś mi nie wchodzi. Chwilę odpoczywam, napełniam bukłak wodą, wrzucam tabletkę z minerałami, napełniam softlask colą, zjadam jakieś owoce i wyruszam w dalszą drogę. Przede mną ostatnie 33 km. Mam na to sporo czasu. Nie spiesząc się, ruszam czarnym szlakiem na Drogę Jubileuszową pod Śnieżką.

Zaczyna kolejny raz padać. Nie mogę się doczekać kosodrzewiny, bo stamtąd to już prawie tylko z górki. I kiedy w końcu docieram (nawet szybciej niż zakładałam) do miejsca, z którego mogłabym zobaczyć Śnieżkę, zaczyna się dosłownie koszmar. Mocno pada, wieje wiatr, widoczność minimalna, jest bardzo zimno. Przez pewien czas pokonuję ten odcinek z jednym z biegaczy. Raz on prowadzi, raz ja. Potem doganiam jeszcze dwie dziewczyny. Ale najczęściej jestem sama. Nie czuję się bezpiecznie. Schodzę Drogą Jubileuszową, mijam Dom Śląski po raz drugi i idę dalej czerwonym szklakiem aż do Przełęczy Karkonoskiej.

Ta część szlaku wystawiona jest na ekspozycję, czyli nie ma się gdzie schować, ani nie ma co człowieka zasłonić. O zbieganiu nie ma mowy, jest tak ślisko, że o skręcenie nogi łatwo. Mówię do siebie (na głos) „musisz iść, bo nikt tu po ciebie nie przyjdzie”. By nie zwariować, wymyślam piosenki, śpiewam je na głos. Robi mi się coraz zimniej, więc po raz pierwszy w mojej biegowej przygodzie wyciągam folię NRC. I tak krok za krokiem, owinięta w folię, docieram do 85 km. Współczuję wolontariuszom warunków pogodowych. Nie mam szans, by dostać się do przepaku, by wyjąć ciepłą bluzę, więc żegnam się i idę dalej. Niedługo potem znajduję się w upragnionym lesie. Proszę innego biegacza, by schował mi folię do plecaka i powoli truchtam. Tak potrzebowałam kontaktu z drugim człowiekiem, że się zagadałam i zboczyłam z trasy. Nadrabiam około 600 m. Ostatni bufet jest na 10 km przed metą. Wolontariusze karmią mnie krówkami, dopełniają picie.

Ku mecie

Już po raz trzeci spotykam chłopaka, który wcześniej wybiegł mi na przeciw z informacją, ile mam kilometrów do punktu. Cieszy się, że już tu jestem i woła „Już tylko 10 km, teraz to już dasz radę, przybij piątkę”. Wyruszam dalej. Czuję spokój, który niestety trochę się burzy na 7 km przed metą, kiedy to nagle wyłącza mi się zegarek, wcześniej informując mnie, że jestem poza trasą. Skonsternowana wyjmuję telefon i powerbank, bo oczywiście w tej temperaturze padł mi telefon, sprawdzam, gdzie jestem. Uruchamiam ponownie zegarek z opcją „od punktu na trasie”, co pozwala na kontynuowanie biegu według tracka. To wszystko niestety powoduje straty w czasie. Doganiam trójkę uczestników biegu. Mijam ich spokojna, że biegnę w dobrym kierunku. Docieram do szlaku na Chojnik i… znów wybiega do mnie ten przemiły pan, wołając „Jestem, jestem, do mety 3 km, masz na to godzinę i 15 minut”. Odpowiadam z uśmiechem, że zdążę.

Podejście na Chojnik idzie mi lekko. Zejście jest strome. W poprzednich edycjach festiwalu Chojnik Maraton pokonywałam je biegnąc. Teraz, gdy jest ślisko, nie chcę ryzykować. Poza tym dla mnie te ostatnie niecałe dwa kilometry są czasem na delektowanie się zwycięstwem. Wcale mi się nie spieszy. Zaczyna się ściemniać, ale widzę, że las już się kończy. Docieram do ostatniej prostej. Przede mną na metę wbiega dziewczyna z „kamiennej trzydziestki”. Zwalniam. Ten moment wbiegnięcia na metę chcę tylko dla siebie 🙂 Biegnę. Widzę Waldka. Pan, który zawsze zapowiada finiszujących biegaczy, woła, „Witamy biegaczkę z dystansu ultra”, mówi, że mi gratuluje, a potem jeszcze słyszę swoje imię i nazwisko 🙂 🙂 🙂 Jestem. Dobiegałam. Zrobiłam to!!! Mimo ogromnego zmęczenia, czuję, że mam moc, gdzieś tam w środku. Jestem… 🙂 🙂 🙂 

ch5
I już z medalem.

Trochę statystyk

102 km. 4848 m przewyższeń. Czas 20 godzin 26 minut i 48 sekund. Do końca limitu ponad pół godziny. Na 142 uczestników, w biegu wzięły udział 22 kobiety. Bieg ukończyło 109 biegaczy, w tym 13 kobiet. 

Komentarze

komentarze

Comments are closed.