Maraton Warszawski – kiedy niemożliwe staje się możliwym

Maraton Warszawski – kiedy niemożliwe staje się możliwym

Maraton Warszawski był naszym pierwszym i jednocześnie jedynym maratonem ulicznym w 2018 roku.  Czy nam się podobał?

 

Waldek. Wszystko mi się w 40. Maratonie Warszawskim podobało. Organizacja, trasa, biuro zawodów… Może tylko wynik nie jest najlepszy. Tym jednak się nie przejmuję, bo sama wiesz, jak wyglądała moja przedstartowa sobota. W każdym razie start w Warszawie zaostrzył apetyt na kolejny asfaltowy maraton. O dziwo 🙂

Lila. No właśnie… O dziwo może i ja się na jakiś asfalt jeszcze skuszę? 😉 Moje początkowe nastawienie do tego biegu nie było najlepsze. Zapisałam się, bo uznałam, że w końcu dobrze by było ten asfaltowy maraton przebiec. A że to warszawski i to 40. i to, że ty tam biegłeś… to się zwyczajnie skusiłam  🙂

Daleko do startu

No, ale łatwo się podejmuje takie decyzje, jak do startu jest dość daleko. W ostatnim tygodniu moje sceptyczne podejście mnie nie opuszczało. Nawet Tymek powiedział do mnie w pewnym momencie: „Mamo, jak ty tak będziesz mówiła, że nie dasz rady, to na pewno tego nie przebiegniesz”. Nie ma co…, taki domowy coach jest na wagę złota  😉 A ponieważ rady usłyszane od naszej młodszej latorośli, szczególnie tuż przed biegiem, sprawdziły mi się nie raz, no to postanowiłam coś z tym moim myśleniem zrobić. Kiedy wczesnym rankiem zawędrowaliśmy przed Pałac Kultury i Nauki i zobaczyłam przygotowane przez organizatorów wspomnienia z wcześniejszych edycji, moje czarne myśli uleciały tak szybko, jak szybko pojawiły się łzy wzruszenia. Poczułam się naprawdę wyjątkowo.

Baw się dobrze!

Przypomniały mi się słowa usłyszane w podcaście Black Hat Ultra z Krystianem i Anitą Ogłymi, że Amerykanie tuż przed biegiem nie mówią powodzenia, tylko po prostu „Baw się dobrze”. I taki właśnie miałam zamiar. No i tak się stało 🙂

Mając w głowie to, że z tym dystansem w takich warunkach mierzę się po raz pierwszy i że za dwa tygodnie mam biec 52 km w bieszczadzkim ultramaratonie postanowiłam się nie forsować. Pierwszą część trasy biegło mi się wyjątkowo lekko. Koło 16 km poczułam pierwsze zmęczenie, co jak zwykle pozwoliło mi się bardziej wyciszyć i skoncentrować. Przez cały bieg dbałam o nawodnienie, uzupełnienie strat energetycznych i w miarę spokojny oddech. Z jednej strony cieszyłam się widokami i reakcjami kibiców, a z drugiej delektowałam się przyjemnym zmęczeniem.

Trudności?

Tak naprawdę jedyną trudnością z jaką przyszło mi się mierzyć, to skurcze w stopach, które towarzyszyły mi od 30-któregoś kilometra aż do mety. Zmusiły mnie one do jeszcze większej uważności na to, co się dzieje w moim ciele i oczywiście do rozważnego stawiania kolejnych kroków. I tak w tych ostatnich kilometrach oddając część uwagi moim stopom i zmniejszając tempo, biegłam i delektowałam się tym, co widziałam, słyszałam i odczuwałam. A na mecie? Na mecie czułam ogromną radość i i jeszcze większą satysfakcję, że pokonałam nie tylko te 42 asfaltowe kilometry, ale też (a może przede wszystkim) własną głowę 🙂

Trasa była…

Dziękuję organizatorom za niezwykle atrakcyjną trasę, wzruszającą wystawę przez Pałacem oraz zbudowaną atmosferę, w tym konferansjerowi za przywitanie na mecie słowami „a teraz wbiega na metę Lila w kolorowej opasce i spódniczce”  😉 i tobie… dziękuję za wiarę we mnie i za ten widok na Pałac Kultury i Nauki z naszego apartamentu 🙂

W. Czy ja coś mogę do tego co napisałaś dodać? Chyba tylko tyle, żeby uważać na zdrowie. Dzień przed maratonem dopadł mnie okropny wirus. W zasadzie cały dzień byłem bez jedzenia i picia. Rano w niedzielę poczułem się jednak na tyle dobrze, że postanowiłem pobiec, chociaż planowałem już jedynie kibicowanie. No i pobiegłem. Trochę ponad połowę trasy.

Czy to jeszcze bieg?

Potem ból brzucha wrócił i resztę trasy przeszedłem. „Zdarza się”. Ale właśnie to lubię w tym swoim bieganiu. Te pełną świadomość, że jestem amatorem i nie mam co się spinać. Jeżeli schodzę z trasy, co mi się w tym roku zdarzyło, albo jeżeli postanawiam po prostu tylko ukończyć bieg, to robię to bez żadnej spiny i wyrzutów sumienia. Z nikim się przecież nie ścigam, o nic nie walczę. Jedynym moim zadaniem w czasie biegu jest „dobrze się bawić”.

A muszę przyznać, że tym razem moje biegowe spotkanie z Warszawą było o wiele przyjemniejsze niż podczas Orlen Warsaw Marathon. Tamten bieg był jakiś taki „techniczny” i bez duszy, jeżeli wiesz, co chcę powiedzieć. Przebiegłem go bez zachwytu i wielkiego entuzjazmu. Może to za sprawą trasy, która teraz była po prostu wspaniała. Może dzięki Marii Skłodowskiej-Curie, z którą spotkaliśmy się przed biegiem i której później pokazaliśmy nasze medale 🙂 . A może przyczynili się do tego wspaniali kibice, których jednak brakowało mi na OWM. Trudno powiedzieć.

Gdyby więc ktoś chciał wystartować w Warszawie, to rekomenduję z całego serca PZU Maraton Warszawski 🙂

A w przyszłym roku… wybierzemy się na maraton do przepięknej i zachwycającej Bratysławy. Mam nadzieję, że będziemy go tak samo zachwalać, jak ten maraton.

L. I to jest świetny plan 🙂

 

 

Komentarze

komentarze

Comments are closed.