Scott Jurek, Jenny Jurek „Północ” – recenzja prosto z Tatr.

Scott Jurek, Jenny Jurek „Północ” – recenzja prosto z Tatr.

„Śmiali się z tańczących i uważali ich za głupców, bo sami nie słyszeli muzyki”. Takimi słowami zaczyna się film dokumentalny „Góra”, który możecie obejrzeć na Netfliksie. Zacząłem go oglądać kilka chwil po tym, jak odłożyłem w Zakopanem już przeczytaną najnowszą książkę Scotta Jurka i jego żony Jenny pod tytułem „Północ”.  I tak sobie myślę, że ze Scotem Jurkiem jest tak, że to on słyszy muzykę, która nie jest dostępna dla tych, którzy nie rozumieją pasji do biegów ultra i nie rozumieją, że czasami „ultra to za mało”.

 Byłem więc z Lilą w górach, oglądałem film o górach i czytałem o górach. 

Jednak książka amerykańskiego biegacza nie jest książką o górach. Pokuszę się nawet o twierdzenie, że ona nie jest o bieganiu, chociaż bieganie po górach jest w niej obecne od pierwszej do ostatniej strony. Ta książka jest o czymś dużo ważniejszym. Ta książka jest o miłości.

Ramiona gigantów

Isaak Newton, filozof, matematyk i astronom napisał, że jeżeli on widzi dalej, to tylko dlatego, że stoi na ramionach olbrzymów. Chciał przez to powiedzieć, że za jego sukcesami stoją wielcy poprzednich epok. Bez nich, bez ich pracy, zapału, pasji, poświęcenia, Newton nie mógłby zrobić kolejnego kroku. Kiedy wraz z amerykańskim biegaczem przedzierałem się na kolejnych stronach książki przez Szlak Apallachów, wiedziałem, że słowa Newtona to także słowa Jurka. To czego on dokonał miało miejsce tylko i wyłącznie dzięki pracy, zapałowi, pasji i poświęceniu jego żony Jenny. I dzięki jej miłości. 

Szlak Appalachów mierzy sobie ponad 3500 km i prowadzi przez czternaście amerykańskich stanów. Trudno to sobie wyobrazić. Bo jak wyobrazić sobie zmienność górskich krajobrazów, kapryśność pogodny, niebezpieczeństwa związane z niedźwiedziami i grzechotnikami…? Jak sobie wyobrazić, że tę trasę można w ogóle przebiec, kiedy  biegnie się przez wiele dni po 80 kilometrów dziennie? 

Przemiana

Scott Jurek wraz ze swoją żoną opisują chwile szczęścia na szlaku tak samo dokładnie, jak i chwile zwątpienia. Widać w ich książce entuzjazm i łzy załamania.  Czuć ból każdego mięśnia i euforię ostatnich kilometrów. Książkę czyta się więc fantastycznie dobrze. Jest to swoisty dziennik przemiany, wpisujący się w klasyczny przecież motyw wędrówki, której towarzyszy metamorfoza głównego bohatera. Scott Jurek jest tutaj jak Frodo Baggins z „Władcy Pierścieni”, który na końcu swej wędrówki jest już innym Hobbitem, niż był w dniu wyjazdu z Shire. I jest to o tyle interesujące, że dotykamy wraz z wyprawą przez Szlak Apallachów, dwóch spojrzeń – Scotta i Jenny. 

Każdy rozdział książki to dwa punkty widzenia. Z jednej strony są to opisy i myśli człowieka biegnącego przez amerykańskie góry. Poznajemy szlak jego oczami, gdy musi się z nim zmierzyć, i z każdym kilometrem są to zmagania, które wymagają od niego więcej wysiłku. Z drugiej strony widzimy ten sam szlak oczami kochającej żony, która obserwuje, co dzieje się z jej mężem, z ich relacjami i poświęca wiele, żeby mógł osiągnąć to, co sobie zaplanował. 

Świetnie się więc składa, że recenzuję książkę Jurka, bo po części nasze biegowekaizen, jest takie jak jego małżeństwo. On, podobnie jak ja, uważa, że „jedzenie jest najlepszym językiem miłości”. Ona zaś, podobnie jak Lila, jest wspaniałą żoną, „która potrafi obdarzyć mądrą miłością”. 

Czy czegoś więcej trzeba, żeby zachęcić Was do przeczytania najnowszej książki amerykańskiej legendy biegów ultra? Dodam tylko, że czyta się ją jednym tchem. A najlepiej czyta się ją razem i to w dodatku w górach. 

Przyjemnej lektury

Komentarze

komentarze

Comments are closed.