II Zielonogórskie Biegi Górskie – Rollercoaster

II Zielonogórskie Biegi Górskie – Rollercoaster

Rollercoaster, jak sama nazwa mówi, to niezła zabawa z ciągłą zmianą położenia góra-dół. I w Zielonej Górze taki Rollercoaster mają!

Waldek: Drugi Rollercoaster i mój drugi start tutaj, a jednak wydaje mi się, że jakoś ciężej było w tym roku. Chyba zapomniałem, co to jest rollercoaster.

Lila: A ja pamiętam, jak rok temu wróciłeś zachwycony tym biegiem… i to właśnie dlatego mnie na niego namówiłeś 🙂 Chociaż po tak wyjątkowych startach, w jakich brałam udział w tym roku, już nie trzeba mnie namawiać… Teraz każdy bieg, który ma w nazwie „górskie” jest lekiem na tęsknotę za górami 😉 Ogromnie się cieszę, że poznałam uroki zielonogórskich lasów.

W: Chyba więc, podobnie jak Bieg/Festiwal Transgraniczny w Gryfinie, i Rollercoaster stanie się naszym stałym punktem w biegowym kalendarzu. Do mnie szczególnie przemawia kameralność tej imprezy. Nie wiem ilu było startujących, może dwustu, ale miałem wrażenie, że wszystko jest w takiej fajnej skali mikro. Poza przepysznym kremem z pomidorów, który zaserwowali organizatorzy po biegu. O! Tej zupie w skali od 1 do 10 dałbym 10 🙂 Podobnie zresztą jak trasie…

L: Skoro już wspomniałeś o zupie… Zaskoczyło mnie to, że nikt tutaj niczego nie wydzielał (no oprócz kiełbaski z grilla i piwa). Każdy sam nalewał sobie pyszną pomidorówkę i to w ilościach, jakich potrzebował. Tak samo było z kawą i herbatą. Co do trasy, to byłam i nadal jestem nią zachwycona. Nie spodziewałam się aż takich wzniesień. Kiedy zobaczyłam pierwszy podbieg w miejscu, w którym chyba kiedyś był wyciąg narciarski (a może nadal jest?) na mojej twarzy pojawił się uśmiech dosłownie od ucha do ucha 🙂 Warto wspomnieć również o tym, że trasa była półmaratońska, jednak można było na 8 kilometrze zdecydować o jej skróceniu do 10 km. W moim przypadku opcja druga nie wchodziła w rachubę, chociażby z powodu ogromnego niedosytu jaki czułam, kiedy znalazłam się w tym strategicznym punkcie koło wieży Bismarka. Stąd nie tracąc czasu uzupełniłam tylko płyny i zdecydowanym biegowym krokiem skierowałam się w stronę strzałki z napisem 21 km.

W:  Wydaje mi się, że pobiegnięcie 21 kilometrów jest konieczne, kiedy chce się zobaczyć tę wieżę. Na ósmym kilometrze nawet jej nie zauważyłem. Dopiero będąc na 19 i dobiegając do niej lekkim podbiegiem, mogłem ją zobaczyć i się jej przyjrzeć. A potem wziąć garść rodzynek, napić się trochę izo i ostatnie dwa kilometry lecieć do mety. W sumie, to cholernie dużo było tych podbiegów. Pewnie jakby policzyć, to by się uzbieralo ze trzydzieści.

L: To prawda, ja tej wieży również nie zauważyłam za pierwszym razem. A potem nawet się zastanawiałam, czy ona w ogóle tam była 🙂  Tak…, trzeba było wiele górek pokonać, by w nagrodę zostać uraczonym jej widokiem 🙂 Właściwie większa część trasy składa się z podbiegów i zbiegów i to o dużym nachyleniu. Cała droga była zdecydowanie trailowa, zero asfaltu. To co jest warte podkreślenia, to świetne oznakowanie trasy, co miało ogromne znaczenie przy tak licznych zakrętach. W najtrudniejszych jej fragmentach czekali na nas wolontariusze, którzy wskazywali nam drogę, często dosłownie na szybko relacjonując czekający nas najbliższy fragment i oczywiście jeszcze nas dopingując 🙂

W: Nie wiem jak Ty, ale ja chętnie pojadę do Zielonej Góry również za rok, żeby zakosztować tego rollercoastera. Chociaż pewnie znów przez ten czas zapomnę, jaki to jest trudny bieg.  Może jednak za rok i ja zamelduję się na mecia na drugim miejscu w swojej kategorii, tak jak ty to zrobiłaś teraz 😉

L: A to była dla mnie bardzo miła niespodzianka 🙂 Może to „sprawka” biegowej folkowej spódniczki? Tak… należałoby tę hipotezę poddać eksperymentowi również za rok 😉

Komentarze

komentarze

Comments are closed.