Gorce Ultra-Trail, czyli trzy górskie dystanse z widokiem na Tatry

Gorce Ultra-Trail, czyli trzy górskie dystanse z widokiem na Tatry

Jechaliśmy do Ochotnicy Dolnej na Gorce Ultra-Trail pobiec swoje najdłuższe dystanse w tym roku, a nawet w całym biegowym życiu. I zrobiliśmy to! Zrobiliśmy to !!!

Lila. Kiedy zapisywałam się na Gorce Ultra-Trail wybrany przeze mnie dystans mierzył 43 km, stąd start ten miał być moim pierwszym maratonem. Później jednak okazało się, że organizatorzy skrócili trasę do 40 km, by uczynić ją jeszcze atrakcyjniejszą i o większej sumie przewyższeń. I tu mnie trochę rozczarowali…, ale tylko trochę, bo przecież kocham góry i w końcu do tej pory nie robiłam takiego dystansu na biegowo.

Do Ochotnicy Górnej przyjechaliśmy w środę, by mieć jeszcze trochę czasu na górskie spacery i poznanie innych urokliwych, znajdujących się w pobliżu miejsc. Ponieważ mój sobotni biegowy szlak nie obejmował Turbacza, najwyższej gorczańskiej góry, więc kolejnego dnia wybraliśmy się tam całą naszą czteroosobową rodzinką. To co mnie szczególnie uradowało w tej wędrówce, to całe morze jagód, które co chwilę podjadałam oraz pyszne jagodowe ciasto w schronisku pod Turbaczem 🙂 Następnego dnia, czyli dzień przed startem, postanowiliśmy trochę sobie pofolgować. Poza wyspaniem się, zaplanowaliśmy wizyty w okolicznych zamkach – w Niedzicy oraz w Czorsztynie, a także kąpiel – ewentualnie moczenie nóg dla niektórych – w Jeziorze Czorsztyńskim 🙂 A wieczorem… wieczorem przyszedł czas na łapanie biegowego klimatu. W drodze po odbiór pakietu zrodził się pomysł, by starszy syn wystartował w Ochotnica Challange, czyli w biegu na 20 km (bo skoro też biega i dopiero co zrobił 20 km zdobywając Turbacz i to w całkiem niezłym czasie, to czemu tutaj nie miałby sobie poradzić?!). No i stało się! Teraz byliśmy jeszcze bardziej podekscytowani, bo… przecież były to jego pierwsze biegowe zawody i to jeszcze górskie! No ale póki co, po wieczornej odprawie trzeba było przygotować ubraniowo-bagażową wyprawkę oraz wyspać się, bo bus z Ochotnicy Górnej do Dolnej (tam był start), został zamówiony na  godz. 4.15. A nie była to łatwa noc, no bo jak tu spać, kiedy emocje są coraz bardziej rozbudzone?

Na kilka chwil przed startem Gorce Ultra-Trail 40/80

I tak nie do końca wyspani, podekscytowani i bardzo ciekawi nowych gór, stawiliśmy się na starcie Gorce-Ultra-Trail około 4.40. A tam… czekał na nas góralski zespół, który śpiewem ładował nasze akumulatory. I za to powitanie jestem im ogromnie wdzięczna!

Kiedy staliśmy na starcie, cieszyliśmy się, że nie pada, że jest umiarkowanie chłodno i jednocześnie spoglądaliśmy na niebo z nadzieją, że prognozy o zbliżających się deszczach i burzach oraz możliwości przerwania zawodów, jednak się nie sprawdzą. Tuż po 5.00, czyli z niewielkim opóźnieniem, usłyszeliśmy w końcu wyczekiwany sygnał startu. Przez pierwsze kilometry biegliśmy z Waldkiem razem. Ciągnący się w nieskończoność asfalt (w sumie przez 5,5 km), mimo iż biegliśmy z górki, o tak wczesnej porze wcale nie dodawał nam skrzydeł, stąd z radością i uczuciem ulgi przywitaliśmy panów, którzy tarasowali dalszą część głównej drogi, jednocześnie pokazując nam nowy kierunek.

Waldek. Plan był taki, że każde z nas biegnie swoim tempem. Najpierw jednak, na asfalcie, biegliśmy razem. Ot, taka wspólna rozgrzewka. Kiedy wbiegliśmy do lasu, ruszyłem przodem.

Asfaltowy początek na rozdrzewkę

Wiedziałem, że przede mną jeszcze 75 kilometrów, więc nie szarżowałem. Powolutku wspinałem się pod górkę, aż dotarłem do polany, na której stało bardzo wielu biegaczy. Co jest? – pomyślałem. I natychmiast, gdy zobaczyłem wschodzące nad górami słońce, zrozumiałem. To był obowiązkowy punkt na zrobienie wspólnego zdjęcia. Poczekałem więc chwilę na Lilę, zrobiliśmy sobie fotkę i pobiegliśmy dalej razem. Wykalkulowałem, że nie mam co się spinać i do Przełęczy Knurów możemy biec razem miło spędzając czas na pogawędkach. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

Wschód słońca nad Gorcami

Lila. No nie do końca tak było. Po zrobieniu kilku fotek kawałek wędrowaliśmy razem, jednak po chwili, wykorzystując swoje nieziemskie moce w pokonywaniu wzniesień, zostawiłam męża w tyle, a wszystko po to, by z triumfem na twarzy poczekać na niego na wieży widokowej na szczycie góry Lubań 🙂 I dopiero od tego punktu aż do przełęczy knurowskiej truchtaliśmy razem. Muszę przyznać, że podejście na szczyt Lubania, było niesamowitym wyzwaniem. Wystarczy spojrzeć na profil trasy, by zrozumieć o czym piszę. Później też było ciekawie, bo niby powinno być już z górki, a tu co chwilę czekał na nas jakiś stromy podbieg. Poza tym ciągle chciało mi się pić i jeszcze nigdy tak nie marzyłam o czekających w punkcie żywieniowym arbuzach i napoju typu cola 🙂 I kiedy już do niego dotarliśmy, nie można było się nie zatrzymać. Tym bardziej, że apetyt rósł w miarę jak zbliżając się do niego słyszeliśmy śpiewający góralski zespół 🙂

Waldek. Za przełęczą Knurów, na 27 kilometrze daliśmy sobie buziaki i każde z nas pobiegło swoją trasą. Lila skręciła w prawo i zaczęła biec drugą część swojej trasy, a ja zacząłem podejście pod Turbacz. Trasę znałem z krótkiej wycieczki, którą zrobiliśmy dwa dni wcześniej, więc wiedziałem, że nie powinno być cieżko. Zaniepokoiły mnie jednak dyskusje, które słyszałem za plecami a dotyczyły one krótkiego czasu, jaki został do kolejnego punktu kontrolnego. Spojrzałem na swój numer startowy z przekrojem trasy i z oznaczonymi punktami. O cholera! Jakoś wcześniej nie wziąłem pod uwagę tego, że to jest jednak dystans taki, jakiego wcześniej nie robiłem. Pojawi się nie wiadomo w którym momencie zmęczenie a przecież przynajmniej do sześćdziesiątego kilometra trzeba mocno zasuwać. Rzecz w tym, że nigdy nie przebiegłem sześćdziesięciu kilometrów. Co mi tam – jak powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć „b”.

To co oferują długodystansowe biegi górskie, a czego nie ma nigdzie indziej, to możliwość przebywania samemu ze sobą. W zasadzie od 27 kilometra do 55 biegłem sam. Wyciszenie, równy oddech i myśli odpływające bez zauważenia. I mantra, którą w czasie biegu były słowa usłyszane niegdyś od przewodnika tatrzańskiego – „Powoli, ale do przodu”. Nie zatrzymuj się Waldek, truchtaj sobie do przodu, nie myśl o mecie, myśl o następnym punkcie kontrolnym. Cel musi być osiągalny, realistyczny i mierzalny. Nie byłem do końca pewien, czy zameldowanie się na kolejnych punktach, to realistyczne zamierzenia, biorąc pod uwagę moje zerowe doświadczenia na takim dystansie, ale jednak robiłem to. Na drugim i trzecim punkcie meldowałem się kilka minut przed czasem. Ufff!

Gdzieś na szlaku

Krajobrazowo osiemdziesięciokilometrowa trasa Gorce Ultra-Trail jest przepiękna. Znalazłem tutaj bardzo długie podejścia, ostre zbiegi, lasy, łąki i bar z piwem na łące w środku lasu. Skąd on tam i po co, nie wiem. Nie miałem czasu zatrzymać się i zapytać.

Od 55 kilometra biegłem w towarzystwie dopiero co poznanej Ady. Okazało się, że w towarzystwie raźniej, szczególnie kiedy na wielkich łąkach mgła ograniczała widoczność do 10 metrów, a oznaczeń trasy było… za mało, delikatnie to ujmując. Było spokojniej, kiedy można odezwać się do kogoś i podzielić swoimi wątpliwościami. Biegliśmy tak sobie do podejścia na Gorc a po drodze, na trzecim punkcie kontrolnym – do którego dobiegliśmy niemal na ostatnią chwilę – zjedliśmy jeszcze przepyszną wegańską zupę.

Od około 66 kilometra znów byłem sam. Zaczął padać mocny deszcz. Nie żeby mi jakoś przeszkadzał, ale musiałem zatrzymać się, schować telefon, a to zajęło trochę czasu i trochę wybiło z rytmu. Całe szczęście biegłem już do mety i wiedziałem, że spokojnie zmieszczę się w limicie, więc jakoś specjalnie nie zależało mi na „podkręcaniu” tempa.

A na mecie czekała na mnie Lila z Kornelem. Zjedliśmy przepyszną wegańską kaszę gryczaną z warzywami, wypiłem duuużo ulubionego napoju biegaczy – coli i powoli, podpierając się wciąż kijkami biegowymi, szedłem do samochodu wciąż nie wierząc, że TO zrobiłem.

Lila. A ja po tych 27 kilometrach wpadłam w przeogromny zachwyt. Organizatorzy biegu przeszli dosłownie samych siebie planując te ostatnie 13 (według zegarka nawet trochę więcej) kilometrów. W wielu miejscach trudno było szukać wytartego szlaku, no chyba, że za taki uznamy żółte szarfy 😉 Dobrze, że chociaż tutaj organizatorzy nie zawiedli i nie oszczędzali. No bo trzeba było biec po zaroślach, jagodowych krzaczkach (dobrze, że owoce ktoś wcześniej pozbierał), wzdłuż strumyka (dosłownie po nim) – dobrze, że nie padało!, skakać przez inny strumień, po łące wsród wysokich traw. Biegłam i nie mogłam się nadziwić 🙂 Może dlatego mijałam kolejnych biegaczy (no właśnie… niektórzy panowie jednak są od nas kobiet słabsi)… a jeden z nich nawet krzyknął za mną, że źle biegnę, bo to jest trasa na 40 km a nie 80 😉

Tuż przed metą

I żeby nie było, że te ostatnie kilometry były tylko z górki, bo po tym jak pożegnałam się z Waldkiem, musiałam jeszcze zaliczyć szczyt Magurek i tu też nie zabrakło stromych podejść. No a potem to już faktycznie było z górki i wciąż bardzo malowniczo. Na ostatnim kilometrze miałam wrażenie, że frunę.

W pełni zasłużony medal

Metę było widać już z daleka a droga prowadziła dosyć stromo w dół, co pozwalało na całkiem szybki (ale też ostrożny) bieg. O ile się nie mylę, to pod koniec przebiegałam nawet przez jakieś gospodarstwo… w każdym razie jakiś miejscowy pan ostrzegał, że stromo, inny (z tego gospodarstwa właśnie) gratulował i informował, że meta jest blisko 🙂 W ogóle nie czułam zmęczenia. Na metę wbiegłam duuuużo przed limitem, a w południe byłam już w pensjonacie i moczyłam z Tymkiem nogi w strumieniu. I już cieszyłam się na kolejny bieg… który miał być następnego dnia!

Górski strumień najlepszym lekarstwem na obolałe nogi

Jeszcze w piątek wieczorem padł pomysł, bym – jeśli oczywiście będę w stanie – wzięła udział również w niedzielnym biegu, tym razem na 20 km, tak bez pakietu startowego, w roli wspierającej mamy 🙂 Ustaliłam z synem, że wystartujemy razem, jednak z racji tego, że będę biegła na dużym zmęczeniu, to trasę tę robimy osobno (a gdyby coś się działo, będę przecież za nim). Byłam pewna obaw, czy w ogóle dam radę tak dzień po dniu i to na takich dystansach i tylu przewyższeniach. Jednak wspaniałe jest to, że jeśli jest taka potrzeba, to nasze ciało potrafi odszukać ukryte gdzieś głęboko pokłady energii. Na pewno pomocne było tuż po tych 40 km moczenie nóg w górskim potoku oraz ich rolowanie. No i wczesna wyprawa do łóżka.

Rolowanie po biegu jak znalazł

Tym razem spałam dobrze, dzięki czemu wstałam dosyć rześka i pozytywnie nastrojona. To co trochę budziło niepokój, to ciemne niebo i padający od jakiegoś czasu deszcz. No ale przecież nie ma złej pogody… Wystartowaliśmy o 9.00 z tego samego co wczoraj miejsca. Byłam zaskoczona, że moje nogi biegną, jednak ich zmęczenie nie pozwoliło mi na dotrzymanie kroku Kornelowi, więc zgodnie z umową rozdzieliliśmy się. I tak truchtałam sobie powoli, starając się, by jednak ktoś jeszcze biegł za mną 🙂 Wdrapując się na szczyt Gorc oraz zbiegając z niego udało mi się jeszcze minąć kilka osób, co było nawet budujące 🙂 Jednak nie mogę powiedzieć, że nie odczuwałam zmęczenia. Objawiało się ono przede wszystkim w ten sposób, że moje nogi usilnie starały trzymać się blisko powierzchni drogi, stąd co jakiś czas potykałam się a nawet zaliczyłam dwa, na szczęście nie groźne, upadki. No ale i warunki biegu były zupełnie inne niż dzień wcześniej. Jak już pisałam, od kilku godzin padał deszcz, stąd w niektórych miejscach górskie drogi zamieniły się w niesamowicie błotniste szlaki, w których buty albo grzęzły albo ślizgały się i tylko kijki robiące za dodatkowe nogi pozwalały na poruszanie się do przodu, krok za krokiem. W innych miejscach z kolei, szlak prowadził po mokrej zarośniętej łące… i to właśnie tam fragment zbocza pokonałam na… pupie 🙂 Na metę przybiegłam 28 minut za Kornelem, i byłam z niego niesamowicie dumna, bo nie dość, że ukończył swój pierwszy oficjalny bieg, to jeszcze w czasie krótszym niż 3 godziny.  Trochę żałowałam, że nie wykupiłam pakietu, bo to pozwoliłoby mi na oficjalną klasyfikację… No ale kto by się spodziewał, że we mnie są takie moce??? No kto? 😉

Tuż przed startem

 

Zdobycze z Gorce Ultra-Trail

Komentarze

komentarze

Comments are closed.