Czarna Cobra nauczyła nas biegać (na orientację)

Czarna Cobra nauczyła nas biegać (na orientację)

Waldek: Bardzo podobała mi się ta Cobra. Nie do końca wiem, dlaczego ona była czarna, ale mniejsza z tym. Ważne, że dała niesamowitą dawkę radochy.

Lila: To prawda… Szukam w głowie słów, które oddałyby klimat oraz towarzyszące mu emocje podczas tego sobotniego rajdu na orientację i znajduję takie jak: ciekawość, skupienie, piękno, magia, śmiech, cisza, zmęczenie, satysfakcja.

W: I przygoda. Zupełnie inaczej biega się nawet w górach, ale po oznaczonych trasach, a całkowicie inne doświadczenia towarzyszą podczas takiego biegu na orientację, kiedy nie wiesz, w co tak naprawdę się pakujesz.

L: Dla mnie była to druga taka przygoda. Jednak ponieważ ten “pierwszy raz” miał miejsce nocą (Ekstremalny Nocny Rajd na Orientację Włóczykij Trip Extreme), to tak naprawdę dopiero teraz byłam świadomym uczestnikiem, czyli obecnym “tu i teraz”, skupionym na tym, co jest do zrobienia i jednocześnie świadomym uczniem, bo moja wcześniejsza umiejętność czytania mapy była nie na najlepszym poziomie 🙂

W: Faktycznie nocny Rajd Włóczykija, to doznanie ekstremalne. Chyba nawet jak na pierwsze spotkanie z rajdem na orientację, to za bardzo ekstremalne. Odnajdywanie się w głuchym lesie w dzień i w nocy, to dwie zupełnie inne bajki. We Włóczykiju byliśmy jak dzieci we mgle, natomiast podczas Cobry wybiliśmy się całkowicie na samodzielność.

L: A może raczej jak ćmy lecą do światła, tak my lecieliśmy za tłumem, bo sami byśmy zwyczajnie przepadli… czego dowodem jest to, że jednak wtedy zgubiliśmy się i zamiast planowanych 25 km, zrobiliśmy 45 km 🙂 A wracając do Cobry… To co w mojej ocenie zasługuje na specjalne wyróżnienie  w tej sobotniej wyprawie, to na pewno sama organizacja rajdu. Start i meta znajdowały się w tym samym miejscu, stąd już po przyjeździe do biura zawodów można było się zorientować, na co może liczyć utrudzony zawodnik po tych kilku/kilkunastu godzinach (a czekały na nas ciepła herbata/kawa i owoce w budynku nadleśnictwa, a na jego zewnątrz ognisko, przy którym my mogliśmy się ogrzać, a inni (patrz: mięsożercy) mogli sobie upiec kiełbaski 🙂 ) Poza tym podczas odprawy organizatorzy zadbali o to, byśmy poczuli się bezpiecznie opisując nam trudniejsze punkty oraz przedstawiając budowniczego trasy, który zapewnił nas, że w razie problemów jest gotowy po nas przyjechać 🙂 I jeszcze jedno mnie samej bardzo przypadło do gustu. Mianowicie to, że rajd mimo iż odbywał się w trzech kategoriach (rodzinne 10 km, piesze 50 km i rowerowe 50 km), to wszyscy i tak startowali o tej samej godzinie, dzięki czemu towarzystwo było bardzo zróżnicowane (na trasie spotkaliśmy np. młodego tatusia z siedmiomiesięcznym synkiem w nosidełku – chłopczyk miał nawet swój własny numer startowy!).

W: Na całe szczęście nikt nas nie musiał z trasy zbierać 🙂 Pięćdziesiąt kilometrów, które zrobiliśmy, to nie cała trasa Czarnej Cobry, którą mogliśmy przebyć. Zebraliśmy prawie połowę punktów, ale za to jakich punktów! Organizatorom trzeba przyznać, że oznaczyli i ponazywali je świetnie. Mnie najbardziej podobał się punkt “bez mostka”, do którego musiałem przechodzić przez leśną rzeczkę. Musiałem? Nie… chciałem. Wszedłem w butach do lodowatej wody po uda i to była najlepsza regeneracja.

L: Tak dokładnie to pokonaliśmy 57 km, a to, że zdobyliśmy tylko (a może aż, jak na nasze uczniowskie możliwości) prawie połowę punktów kontrolnych, to wynik tego, że trochę nam zeszło na studiowaniu mapy, bo same punkty były, tak jak mówisz, świetnie i oznaczone i nazwane. A skoro najmilej wspominasz wejście w butach do wody, to pozwól, że opiszę pewne wydarzenia, które je poprzedziły. Jeden z punktów nazywał się “ujście rzeczki”. Kiedy do niego dotarliśmy, okazało się, że znajduje się on na drzewie, ale po drugiej stronie strumienia. Ja długo nie myśląc i już prawie czując ten kojący chłód na moich utrudzonych stopach, zdjęłam buty i przeprawiłam się na jego drugi brzeg. Następnie przypieczętowałam nasze trofeum na przeznaczonych do tego kartach, jeszcze raz przeprawiłam się przez rzeczkę i… wtedy zdecydowaliśmy, że jednak dalej będziemy wędrowali wzdłuż właśnie tamtego brzegu. W takim razie nie pozostało nam nic innego, jak kolejna przeprawa.  I wtedy wskazałeś znajdującą się nieopodal “kładkę” z powalonego drzewa. Jak wymyśliłeś, tak zrobiłeś. Skupiony i dość pewny siebie, dodatkowo podpierając się biegowymi kijkami, wszedłeś na dość szeroki pień. I kiedy przeprawa ta wróżyła powodzenie, nagle poślizgnąłeś się i z wielkim impetem wpadłeś do wody. Trzeba było widzieć to Twoje zaskoczenie i niesamowicie szybką ucieczkę, gdy okazało się, że dno stanowi grząski, czarny muł 🙂 Przeżycie na pewno bezcenne 🙂 🙂 🙂 Co do innych punktów, które mnie urzekły to: Rezerwat “Sieciemińskie Rosiczki” (bardzo malownicze miejsce) oraz leśne “spa” dla zwierząt (czyli bagienko z plażą pośród drzew).

W: Tak, zaliczyłem i ja błotne “spa”. Teraz już wiem, że przy takiej pięknej pogodzie jaka była w czasie Czarnej Cobry nie ma co zdejmować butów, tylko jak jest woda, to można w nią po prostu wejść. Buty i tak za chwilę wyschną. To jest jedna z kilku lekcji dla mnie. Dużo rozmawialiśmy o tym, czego nauczyliśmy się w czasie tego biegu. Mówiliśmy, że warto cały czas truchtać/biec zamiast szybko iść. Oszczędzamy wtedy pięty. Stwierdziliśmy, że warto po otrzymaniu mapy poświęcić dodatkowo kilka minut, żeby precyzyjnie opracować trasę. Bardzo ważne jest właściwe zaplanowanie trasy, bo jej oficjalna długość, to najkrótsza możliwa droga. Jeżeli wybierze się niewłaściwie, można przejść i dwa razy dłuższą odległość. No i doszliśmy do wniosku, że bardzo ważne jest omawiania każdego punktu na mapie. Trzeba na głos powiedzieć, że widzi się mostek, wzniesienie, dopływ strumienia, wał, sieć energetyczną itd. To bardzo pomaga. Wypowiedziane słowa są w przypadku biegu na orientację cenniejsze niż te pomyślane. O czymś jeszcze zapomniałem?

L: Że planując trasę warto cały obszar z punktami kontrolnymi podzielić na części i na ich zrealizowanie określić pewien przedział czasu. W ten sposób będziemy wiedzieli, czy  np. po tych czterech godzinach zrobiliśmy to co zaplanowaliśmy, a tym samym możemy iść zgodnie z planem, czy może jednak musimy ten plan zmodyfikować.

W: Planowanie trasy to kwestia kluczowa. Nam trochę to nie wyszło, ale dzięki temu wynieśliśmy z Cobry mnóstwo nauki na przyszłe biegi na orientację. Musieliśmy przecież wracać w deszczu drogą krajową nr 6, bo zrobiło się i późno i niedługo miało się ściemniać, a my nie mieliśmy czołówek, żeby iść lasem. Po każdym biegu, szczególnie górskim, mam wiele przemyśleń i wielu rzeczy uczę się na własnych błędach. Mam jednak wrażenie, że po Czarnej Cobrze została we mnie idealna kompozycja zachwytu nad biegami na orientację z poczuciem wielkiej lekcji.

L: A we mnie oprócz tego o czym Ty mówisz, zostało jeszcze takie przekonanie, że  rajdy na orientację to doskonała okazja do ćwiczenia uważności, do bycia właśnie “tu i teraz”, bo przecież trzeba się skupić na szukaniu wspólnych punktów pomiędzy tym co mówi mapa, a tym co widzimy w terenie – a że mapa jest z (około) połowy XX wieku… to skupienie jest na wagę złota. Poza tym pokonując wiele kilometrów stwarzamy sobie okazję, jak to pisze Beata Sadowska do “medytacji w ruchu”, bo biegniemy/wędrujemy “Wystarczająco długo, żeby się zmęczyć. Wystarczająco długo, żeby mieć szansę usłyszeć własne myśli. I wystarczająco długo, żeby te myśli powoli znikały, pozostawiając przestrzeń na oddech”. I jeszcze coś we mnie zostało… duma, że mimo zmęczenia, jestem jeszcze w stanie truchtać, mimo że jest to pięćdziesiąty któryś kilometr 🙂

Komentarze

komentarze

Comments are closed.