Ultramaraton „3 x Śnieżka” po raz drugi

Ultramaraton „3 x Śnieżka” po raz drugi

Waldek. Ultramaraton „3 x Śnieżka = 1 x Mont Blanc” czuję w nogach pisząc te słowa. W sumie nic dziwnego, bo przecież to 57 kilometrów i 3000 m przewyższenia. Jest więc co czuć i przede wszystkim jest z czego mieć satysfakcję.

Gdybym miał krótko opisać, jak wygląda trasa biegu, napisałbym, że pierwsze wejście na Śnieżkę jest rozgrzewką, drugie wyciska ostatnie poty, a trzecie jest nagrodą za pokonanie drugiego. W ubiegłym roku po ukończeniu biegu mówiłem, że ci, którzy byli w stanie zrobić dwie pętle poniżej sześciu godzin, mogliby i zrobić trzy. Zdanie swoje podtrzymuję.

W tym roku jechałem do Karpacza z myślą, że cokolwiek się wydarzy na trasie, mam się przede wszystkim dobrze bawić. Wiedziałem też, że nie mogę się objadać pysznościami, jak to zrobiłem podczas Chojnik Maraton, bo może to źle się skończyć 😉 Myślałem sobie, że przede wszystkim liczy się limit; fajnie będzie, gdy poprawię wynik ubiegłoroczny, a rewelacyjnie, gdy zejdę poniżej dziewięciu godzin. Zrobiłem tyle, że wbiegłem na metę w Karpaczu w limicie i jestem z tego powodu niesamowicie zadowolony.

W mojej filozofii biegania ważne jest, żeby znaleźć punkty postępu, jakiegoś rozwoju małymi krokami, jakiegoś kaizen. I ja je znalazłem jeszcze w trakcie biegu. Pierwszy dobry punkt polegał na tym, że początkowe okrążenie zrobiłem kilka minut szybciej niż rok temu. Po drugim okrążeniu czułem satysfakcję, że jestem dużo mniej zmęczony niż rok wcześniej (a przybiegłem około minuty później). Trzecie okrążenie było ważne dla mnie, bo zrobiłem je, pomimo zmęczenia, bez zatrzymywania (poza „karmnikiem” przy Domu Śląskim). Cóż… kiedy patrzeć tylko na wynik, to był słabszy bieg niż rok temu. Gdy jednak spojrzeć na te jego elementy, które dawały mi pozytywną energię, tegoroczna edycja ultramaratonu była o wiele bardziej satysfakcjonująca. No i dodatkowo, dzień później bez większych kłopotów wszedłem sobie w ramach regeneracji na Szrenicę i z niej zbiegłem, co jednak wiele mówi o kondycji, w jakiej się znajduję.

Muszę też wspomnieć w tym miejscu o Lili, która robiąc drugą pętlę, wyprzedziła mnie na podejściu i wbiegła w efekcie na metę kilka minut przede mną. Zawsze wiedziałem, że ma w sobie wielką moc do chodzenia po górach i teraz okazało się, że rewelacyjnie ją wykorzystała w czasie swojego dystansu.

Tak… drugie podejście. Podobnie jak temu Kocioł Łomniczki chciał mnie złamać. Wchodziłem, myśląc o tym, że od przyszłego roku będę biegał tylko przełaje, jakieś ultratraile z niskimi przewyższeniami, ale dam sobie spokój z biegami górskimi. Po co mi to? – zadawałem sobie pytanie. I znalazłem odpowiedź, kiedy drugi raz stanąłem na szczycie Śnieżki. Otóż po to, żeby poczuć radość, uśmiechnąć się i skonstatować, że to głowa chciała mnie oszukać, a ja jej się nie dałem. Bo tak naprawdę w ultramaratonie 3 x Śnieżka chodzi o to, żeby sobie zakodować już na starcie, że liczy się w czasie drugiego i trzeciego podejścia tylko i wyłącznie Dom Śląski, czyli odległość mniej więcej 7-8 kilometrów od startu. „Aby do Domu Śląskiego” to była moja tegoroczna mantra.

Zrobiłem więc w tym roku „Śnieżkę” po raz drugi i czuję się spełniony. Nie jest ważny wynik, kiedy satysfakcja jest ogromna. Przecież na swojej pierwszej kupionej w Decathlonie koszulce, jeszcze zanim zacząłem brać udział w jakichkolwiek zawodach, miałem napisane „Run for fun”. I tego się trzymam, i tego chcę – biegać dla frajdy, dla szczęścia, dla energii, dla tych niesamowitych ludzi z biegów górskich, z którymi zamienia się po kilka zdań, śmieje się, których się podnosi po upadku i którzy pytają, czy w czymś pomóc, kiedy siedzisz bez sił na kamieniu. Właśnie… Ludzie biegów górskich są wspaniali.

W Karpaczu to jest niesamowite, że ostatnie dwa kilometry biegnie się w nieustannej burzy oklasków i motywujących okrzyków. Kibice dają z siebie wszystko, żeby na ostatnich metrach biegacz ultra poczuł się jak mistrz biegów górskich i to niezależnie od tego, czy wbiega pierwszy, czy ostatni w limicie (albo i po nim). Ten hałas, pomimo 57 kilometrów w nogach, powoduje, że na metę wbiega się na pełnej prędkości, tak jakby kończyło się jakąś „szybką piątkę”. Cudowne uczucie! Na tyle cudowne, że za rok chcę je przeżyć jeszcze raz  🙂

 

Moja trasa z Polar Flow.

 

Komentarze

komentarze

Comments are closed.