„Śnieżka x 2” w drodze do ultramaratonu

„Śnieżka x 2” w drodze do ultramaratonu

Lila. Przede mną leżą dwa medale, jeden na żółtym pasku, drugi na czerwonym, oba wykonane ze szkła, oba mają ten sam grawer, chociaż same medale różnią się przezroczystością… Przede mną leżą dwa moje trofea… Jedno sprzed roku z dystansu 1 x Śnieżka, drugi z ostatniego weekendu z dystansu Śnieżka x 2. Kiedy rok temu wystartowałam po raz pierwszy w tych zawodach, jednocześnie po raz pierwszy w biegu górskim, zakładałam, że będę zadowolona jeśli te 18 km (a nie jak podają organizatorzy 17) pokonam w czasie do czterech godzin. Limit był taki sam jak dla ultrasów (10,5 h), stąd nie miałam żadnych obaw co do tego, czy zdążę 🙂 Wszystkie trzy dystanse startują razem, dlatego na początku było na trasie nawet tłoczno. Na asfalcie (czyli pierwszych dwóch kilometrach) nie przeszkadzało mi to zupełnie, jednak kiedy zaczęło się wspinanie, poczułam, że narzucone przez innych biegaczy tempo nie jest moim, więc zaczęłam powoli ich wyprzedzać. Tak jak oni miałam przyspieszony oddech i tak jak oni odczuwałam zmęczenie, jednak myśl wypowiedziana przez mojego męża przed biegiem „twoją mocną stroną jest to, że szybko chodzisz po górach”, dodawała moim nogom takich małych skrzydełek 🙂 Kiedy dotarłam na szczyt Śnieżki i na zegarku zobaczyłam czas 1:43 wiedziałam, że jest dobrze 🙂 A kiedy wbiegałam na metę z czasem 2:43:53 wiedziałam, że jest nawet bardzo dobrze. Byłam wtedy przeszczęśliwa, wzruszona i… trochę rozczarowana, że to już koniec. I już wtedy podjęłam decyzję, że za rok tu wrócę, by tym razem dystans ten podwoić 🙂

I wróciłam!!!

Do tego startu (dla mnie najważniejszego) przygotowywałam się małymi krokami. Jesienią zrobiłam pierwsze oficjalne 21 km (w Dreźnie), miesiąc temu pierwsze 28 km (przeczytaj Karkonoski Festiwal Biegowy), a wszystko po to, by tym razem wystartować na dystansie średnim, czerwonym, by pokonać 36 km w biegu górskim, którego suma przewyższeń wynosi 2000 m.

Do Karpacza przyjechaliśmy dzień wcześniej i tym razem towarzyszył nam nasz syn Tymon. Odebraliśmy pakiety, zafundowaliśmy sobie włoskie lody i wróciliśmy do pensjonatu. Obojgu nam towarzyszyło skupienie, zaduma, ale też pewne poddenerwowanie. O sobie mogę napisać jeszcze tyle, że odczuwałam również lęk przed tym, czy podołam. Dlaczego? Bo od powrotu z gór biegałam niewiele, a od helenowskiego startu – w ogóle (czyli od dwóch tygodni) i jedyny trening jaki zrobiłam, to 80 km na rowerze. No i zainwestowałam jeszcze w tym czasie w dwa 30-minutowe masaże nóg 🙂

Murakami w książce „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” napisał „Mam silne postanowienie zmieszczenia się w wyznaczonych ramach czasowych bez względu na wszystko” … i taki był też mój cel, po prostu zmieścić się w 7 godzinach. Poza tym miałam zamiar zwyczajnie cieszyć się tym, że znów jestem w moich ukochanych górach 🙂 Pierwsza pętla była mi już znana, stąd wspinając się czarnym szlakiem i wyprzedzając tych, co jednak wolą zbieganie, wypatrywałam kolejnych zapamiętanych punktów.  I tak np. wiedziałam, że na około 6,5 km zaczyna się półkilometrowy odcinek, który lekko opada, więc można nim w końcu biec i to mając przed sobą widok na szczyt Śnieżki 🙂 To właśnie tu utrudzeni wspinaczką biegacze zwyczajnie ożywają 🙂 To właśnie tu następuje ładowanie akumulatorów, by potem zdobytą energię wykorzystać na pokonanie jeszcze jednego stromego odcinka. Tak jak rok temu, tak i teraz, w tym samym punkcie minęliśmy się z Waldkiem, a ponieważ on miał do pokonanie dystans ultra, stąd wiedziałam, że skoro on tu jest, to znaczy, że ja mam dobry czas 🙂 Kolejny raz spotkaliśmy się jakiś kilometr od mety/miejsca zawrotki, kiedy ja do niej dobiegałam, a Waldi zaczynał robić drugą pętlę. Na zegarek spojrzałam dopiero po przekroczeniu miejsca startu. Czas 2:39:08 był dla mnie ogromną niespodzianką, był lepszy o ponad 4 minuty od zeszłego roku! Byłam też o wiele mniej zmęczona! Już wiedziałam, że druga pętla zwyczajnie „się zrobi”. Postanowiłam nie siadać, by nogi „nie pomyślały”, że to już koniec. Napiłam się coli (co za cudowny eliksir!), zjadłam arbuza, banana i porozmawiałam z panią sprzedającą żele dla sportowców (może wyglądałam na trochę zagubioną/zamyśloną, bo zapytała „Czy pani coś przynieść?”, „Decyduje się pani startować dalej?”). I tak po czterech minutach wystartowałam w nieznane, czyli tym razem podjęłam szturm na Śnieżkę czerwonym szlakiem.

I stała się rzecz niesamowita. To,  że miałam dobry czas i czułam, że mam jeszcze dużo siły, że nogi nie buntują się… i jeszcze ta świadomość, że przecież biorę udział w Mistrzostwach Polski w Długodystansowym Biegu Górskim (odbywały się one tylko na dystansie średnim), sprawiły, że miałam wrażenie, jakbym unosiła się nad ziemią, jakbym wcale jej nie dotykała stopami. I ta cisza w głowie… Parłam do przodu, szukając odpoczynku w tym wysiłku. Znów wyprzedzałam innych. Tym razem śledziłam na zegarku kolejne kilometry oraz pokonane wzniesienia. Domyślałam się, że najbardziej stromo będzie w drugiej części trasy. I tak właśnie było. I to na tym odcinku spotkała mnie ogromna niespodzianka… Wędrują krok za krokiem po niezbyt wygodnych kamienistych schodach, ujrzałam odpoczywającego mojego męża 🙂 Ucieszyłam się ogromnie. Powiedziałam „wstawaj, zrobimy ten odcinek razem”… I nawet podjęliśmy tę próbę, jednak… nie potrafiłam zwolnić… Tym razem powiedziałam „dogonisz mnie na zbiegu” i podążyłam dalej. W końcu dotarłam do Domu Śląskiego, uzupełniłam bukłak w wodę, znów podjadłam, popatrzyłam na czekające mnie dość strome podejście, tym razem niebieskim szlakiem i po chwili ruszyłam dalej. Stawiałam kolejne kroki jak bym była w transie, wciąż sobie powtarzając „nie patrz do góry, popatrz w dół, zobacz ile już masz za sobą” 🙂 I tym sposobem zdobyłam Śnieżkę po raz drugi w ciągu jednego dnia 🙂 🙂 🙂 Wzięłam głęboki oddech. Teraz już zostało tylko z pomocą siły grawitacji (o jakże ona mi teraz była bliska) dotrzeć do mety! Postanowiłam już nie forsować nóg i zbiec bardziej spokojnie. W końcowym odcinku mijałam biegaczy z czarnymi numerami, którzy mimo iż sami właśnie wybierali się na Śnieżkę po raz trzeci, znajdowali siłę, by mi gratulować pokonanych 36 kilometrów. Do mety dotarłam z czasem 5:42:57!!! I nadal czułam się lepiej niż rok temu po dystansie mini 🙂 A… największą niespodzianką było to, że na mecie byłam szybciej niż Waldek (tyle, że ja już kończyłam, a dla niego była to druga zawrotka przed trzecim „atakiem” na Śnieżkę). Byłam szczęśliwa, że ukończyłam bieg, że zrobiłam to dużo przed limitem, że byłam nawet piąta w swojej kategorii wiekowej 🙂 Poczułam, że mam moc!!! I że to właśnie bieganie po górach jest tym, co chcę robić dalej! To jest to, co mi daje siłę, co pozwala mi wierzyć, że „jestem niezwyciężona” (dzięki Aga za te słowa pod moim postem na FB 😉 ) I już się pewnie domyślacie, jakie mam postanowienie na przyszły rok?! 🙂

Komentarze

komentarze

Comments are closed.