Nasze 74 kilometry na Karkonoskim Festiwalu Biegowym „Chojnik”

Nasze 74 kilometry na Karkonoskim Festiwalu Biegowym „Chojnik”

Lila. Pierwszy dzień po biegu a emocje wciąż niezwykle silne 🙂 Rok temu zaliczyłam mój pierwszy bieg górski. Była to Śnieżka x1, według zegarka 18 km, przewyższenie +/- 1000 m. I kiedy wbiegałam na matę i powiedziano mi, że to już koniec mojego biegu, poczułam niedosyt. W tym roku postawiam sobie poprzeczkę wyżej, można by powiedzieć, że nawet zaszalałam, no ale nie będę teraz wszystkiego Wam zdradzała 🙂 W każdym razie tegoroczny sezon biegów górskich zaczęłam dystansem 28 km i przewyższeniem 1291 m. Na ten bieg cieszyłam się jak dziecko, i jak dziecko, któremu „ktoś” „coś” obiecał, nie mogłam się go doczekać 🙂 To nie znaczy, że nie miałam żadnych obaw… bo np. nie wiedziałam jak sprawi się moje ciało, czy aby w którymś momencie nie zbuntuje się i nie powie „ani kroku dalej”. I już wiecie, że tak się nie stało. Bieg ukończyłam jako 132 na 288 startujących i jako 8 w swojej kategorii wiekowej. Jak na kobietę/biegaczkę z nizin startującą w takim biegu dopiero po raz drugi, uważam to za ogromny sukces 🙂 A jak się biegło? Pierwsze pięć kilometrów na biegowo/truchtowo i tylko czasem spacerowo, gdy zwyczajnie nie dało rady biec. Kolejne 7 km to raczej szybki marsz. Moją mocną stroną jest to, że szybko chodzę, nawet po górach i to pod górę, co pozwoliło mi na mijanie biegaczy/wspinaczy, którzy wystrzelili do przodu podczas startu. Zasada była prosta… stawiać kolejne kroki, obserwować jak na narzucone tempo reaguje ciało i … absolutnie nie patrzeć w górę 🙂 I tak „rozmawiając sama ze sobą” np. o tym, że to nic, że moje ciało „dostaje w kość”, bo przecież właśnie jestem w ukochanych górach, bo słyszę jak pięknie śpiewają ptaki i czuję jak cudownie pachnie las, wspinałam się coraz wyżej. Aż tu nagle ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się kosodrzewina, a potem piękne widoki na górskie szczyty 🙂  A ponieważ czasu na rozglądanie nie było zbyt wiele, stąd chłonęłam widoki z bardzo szeroko otwartymi oczami 🙂 Po 12 km zaczęło się zbieganie, po kamieniach, wąskimi ścieżkami a potem po drewnianych kładkach i szerszych ścieżkach. I tym razem moje cudowne nogi nie zawiodły mnie… pewnie dlatego, że oddałam im dużą część mojej uwagi… i jeszcze pewnie dlatego, że po drodze usłyszałam o sobie „super laska” oraz „ej chłopaki jakie fajne dziewczyny was gonią, a wy co?” 😉 Od około 18 km do około 26 km trasa była już bardziej zróżnicowana, czyli pojawiły się kolejne, choć niewysokie podbiegi w parze ze zbiegami. Pierwsze większe zmęczenie poczułam po 23 km i byłam pewna, że z każdym krokiem będzie się ono tylko nasilało. I nawet mruczałam pod nosem „gdzie ten cholerny Chojnik?” (na który przecież trzeba było jeszcze się wdrapać)… aż tu nagle na 26 km w moje nogi wstąpiły nowe siły 🙂

Szybko wdrapałam się na Chojnik (po raz kolejny mijając innych biegaczy), by za chwilę znów zacząć zbieganie…, które z powodu kamienistej (i nie mam tu na myśli tej brukowanej zaraz za zamkiem) drogi było nie lada wyzwaniem. „Skrzydeł” nogom dodawały na pewno świadomość tego, że Zamek Chojnik miał być ostatnim wyzwaniem oraz niosące się w powietrzu dźwięki, które sygnalizowały, że meta jest już blisko. Drugi i ostatni kryzys pojawił się kiedy zegarek „wybił” 28 km i niestety mety nie było jeszcze widać. Jednak wystarczyła króciutka rozmowa z samą sobą i nogi ruszyły dalej 🙂 Może jednak nie napiszę pierwszych słów jakie wypowiedziałam do siebie po przekroczeniu mety i odebraniu medalu… ale zawierały one wszystko: zmęczenie, radość, dumę, wzruszenie i niedowierzanie, że zrobiłam TO (a to wszystko zmieściło się tylko w dwóch wyrazach ;))

Za co pokochałam Półmaraton z górką i Karkonoski Festiwal Biegowy, i dlaczego na pewno tam wrócę? Za niesamowitą atmosferę, dbałość o wszystko i wszystkich, za przepyszne izotoniki własnej roboty serwowane w punktach żywieniowych, za cudownego pana, który witał wszystkich na mecie z imienia i nazwiska (i jeszcze z miejscowości), który często sam wybiegał do biegaczy trzymając ogromną planszę z wszelkimi potrzebnymi danymi, którą z kolei wciąż żonglował, bo dane te były zapisane z obu jej stron, i jeszcze za tegoroczny motyw graficzny, czyli poziomice wyciągnięte wprost z mapy Karkonoszy, które znalazły się dosłownie wszędzie… na koszulkach, chustach, mapach, medalach… i jeszcze za silikonowe składane kubki z grawerem Festiwalu 🙂 Za rok tam wrócimy… i znów podniosę sobie poprzeczkę 🙂

Waldek. Żyję naszym blogiem. Myślę o czym pisać i jak pisać, żeby było ciekawie. Myślałem też o tym w czasie swojego maratonu na Chojniku. A dokładnie to myślałem do 25 kilometra. Do przepysznego ryżu z owocami, który całkowicie zdobył moje serce i żołądek. Do tego miejsca miałem już zaplanowany wstęp, w którym chciałem napisać, że biegacze lubią pisać/mówić o tym, jak to heroicznie walczyli z kontuzjami, odwodnieniem, przeziębieniem itd., itp., aby przezwyciężywszy wszelkie dramatyczne trudności, dotrzeć do mety. No i kiedy miałem już taki dobry początek, zaczęło się… Panie w bufecie przygotowały tak przepyszny ryż z owocami, że trochę za dużo go zjadłem. Nawet trochę dużo za dużo. A że potem miałem sześć kilometrów w pełnym upale pod górę szlakiem, który nazywa się Koralowa, to zaczęły się problemy. Nie będę rozpisywał się o nich, powiem tylko tyle, że nie warto być łapczywym, bo potem kończy się to… heroiczną walką o każdy kolejny metr 😉 W moim przypadku objadanie się ryżem skończyło się piętnastominutową drzemką przy kolejnym bufecie. Wiedziałem już, że żadnego „wyniku” nie zrobię, ale wciąż chciałem mieć fajny bieg. I w sumie taki właśnie był, bo po regeneracyjnej drzemce z każdym kolejnym kilometrem odzyskiwałem siły.  Nie było to już jednak to samo tempo, które miałem w poprzednim roku. W każdym razie na metę wbiegłem mega zadowolony, że „walczyłem heroicznie z upałem i żołądkiem” i z tej walki wróciłem z tarczą 🙂

A co do samego biegu. Maraton to dwa duże podejścia i dwa zbiegi. Łączne przewyższenie wynosi 2200 metrów, jest więc gdzie się zmęczyć. Dużą trudność ma pierwszy zbieg ze Śnieżnych Kotłów i drugi podbieg Koralową Ścieżką, który był jednocześnie zbiegiem półmaratończyków. Oba te fragmenty obfitują w nieregularne kamienie, często mokre, korzenie i inne niespodzianki, na które trzeba uważać.  Końcowe kilometry to  już szeroki szlak, którym można gnać ile sił w nogach (pod warunkiem, że nie objadło się wcześniej słodkim ryżem z owocami). Na koniec czeka jeszcze podejście pod Chojnik i około dwukilometrowy zbieg na metę.

A co sądzę o samej imprezie? Karkonoski Festiwal Biegowy jest przygotowany pierwszorzędnie. Począwszy od świetnie zaprojektowanej szaty graficznej, poprzez rewelacyjne koszulki, chusty i skarpety, które były w pakiecie, a skończywszy na atmosferze święta biegowego. Myślę, że to, że baza biegu znajduje się poza miastem, sprawia, że panuje fantastyczny klimat zarówno dla samych biegaczy, jak i ich rodzin. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, że przez całą trasę czuć było wsparcie polsko-czesko-niemieckich kibiców, a na ostatnim kilometrze biegło się wśród oklasków, gratulacji i słów wsparcia. Dodawało to skrzydeł i wbrew zmęczeniu, pędziłem do mety w taki sposób, jakbym dopiero zaczynał bieg. A kiedy już wbiegłem na metę taki niesamowicie szczęśliwy, że „zrobiłem to”, medal dostałem od kilkuletniej dziewczynki. Było to niesamowicie wzruszające.

Czy warto pobiec na Chojniku? Nawet nie warto. Trzeba 🙂 Myślę, że będziemy tam przyjeżdżali jeszcze przez wiele lat i tam właśnie zaczynali sezon biegów górskich. W przyszłym roku chcę przebiec 102-kilometrową trasę ultramaratonu, tylko muszę pamiętać, żeby nie objadać się przygotowywanymi przez organizatorów i wolontariuszy pysznościami 🙂

Możesz obejrzeć mój bieg na Polar Flow.

 

 

 

Komentarze

komentarze

Comments are closed.